Film Tadeusza Konwickiego odwołuje się do odwiecznego przekonania, że w obliczu śmierci lub nagłych wydarzeń, które mogą zmienić życie, człowiekowi w jednej chwili cała przeszłość staje przed oczami. Ten strumień świadomości, który mieści w sobie całą feerię chwil i obrazów, aż prosi się o to, by go zgłębić i spróbować zatrzymać. W Jak daleko stąd, jak blisko reżyser znalazł formę, by opowiedzieć o życiu bohatera zakleszczonego właśnie w strumieniu świadomości. Co w takim wypadku oczywiste, zrezygnował z chronologii zdarzeń i ich logiki, zgodnie z którą ktoś zmarły nie może na przykład wrócić do świata żywych. W tym filmie panuje swego rodzaju bezczas.
Konwicki prawie nigdy nie przenosił na ekran swoich książek (wyjątkiem są wątki z powieści Władza, umieszczone w filmie Zaduszki). Pisał oryginalne scenariusze do swoich kinowych projektów. Siłą rzeczy jednak między bohaterami jego literackich i filmowych utworów wyczuwa się nierozerwalną więź, jeśli spojrzy się na ich wyobcowanie, istnienie na styku życia i śmierci oraz głęboką potrzebę, by zrozumieć swoją egzystencję, odpowiedzieć sobie na elementarne pytanie: „Kim jestem?”. Kto wie, czy bohaterem najbliższym Andrzejowi (Andrzej Łapicki) z Jak daleko stąd, jak blisko nie jest bezimienny mężczyzna z powieści Wniebowstąpienie. Obaj są niczym zjawy, które materializują się w miejscach newralgicznych zdarzeń, by nadać im nowe znaczenia. O ile jednak Andrzej chce swoją przeszłość zrozumieć i poprawić, o tyle bezimienny mężczyzna jest kimś bez pamięci, nie wie, kim dawniej był ani co robił. Mimo to można jednak łatwo zauważyć, że ci dwaj bohaterowie muszą niejako odkryć na nowo swoją przeszłość, zmierzyć się ze swoim sumieniem, by móc istnieć „tu i teraz” – bez lęku i bólu o to, co tkwi w zakamarkach pamięci niczym cierń.





Zobacz więcej zdjęć na: FOTOTEKA
Wobec filmu Konwickiego używa się bardzo często słusznego określenia: filmowy esej autobiograficzny. Ten autobiografizm ma szczególny wymiar – autor nie odtwarza wprost elementów swojego życia, lecz buduje coś w rodzaju hipotetycznego przebiegu zdarzeń. Na przykład: ojciec Konwickiego umarł, gdy ten miał zaledwie trzy lata. Naturalne więc, że nie zachował o nim żadnych wspomnień – jedynie zasłyszane opowieści. Tymczasem w filmie Andrzej, porte-parole reżysera, ma okazję ze swoim zmarłym ojcem porozmawiać, zapytać go choćby o nieznanego dziadka oznaczonego w metryce jako N.N. To, czy otrzyma odpowiedź, jest sprawą drugorzędną. Znaczące jest już to, że ma do kogo skierować swoje pytania. Do widza Andrzej powie wprost, że chociaż nie znał ojca, całe życie do niego tęsknił.
Zresztą Jak daleko stąd, jak blisko nawiązuje także do losu innych osób, za którymi Konwicki tęsknił. Gustaw Holoubek wciela się tu w Maksa. Jego sylwetka i decyzje stanowią czytelne nawiązanie do biografii pisarza Wilhelma Macha, który w 1965 roku popełnił samobójstwo. Maks pojawia się w filmie jako duch, Andrzej rozmawia z nim dokładnie tak, jak Konwicki potrafił rozmawiać w myślach ze zmarłym przyjacielem. A jednocześnie Maks jako figura powraca w finale filmu. Swoją wędrówkę w przeszłość Andrzej odbywa z karabinem pod marynarką, mówiąc na początku, że za 86 minut zabije człowieka. Wraca do partyzanckiej i akowskiej przeszłości, do miłości z tamtego czasu i do wyroku, który musi wykonać. Finał ma dwa warianty, w obu pojawia się Holoubek: gra zarówno Maksa, jak i kogoś, kto Maksa tylko przypomina. Jest to ślad po pomyśle z niezrealizowanego scenariusza Konwickiego Trochę apogeum z 1967 roku (przedrukowanego po latach w tomie Wiatr i pył), gdzie Holoubek także miał wcielać się w dwie postaci: głównego bohatera i jego alter ego.
W Jak daleko stąd, jak blisko obsadowe zrównanie ofiary wyroku i Maksa ma jednak wymiar wręcz kosmiczny. Jak pisał Tadeusz Lubelski w tekście Święto pojednania z 1995 roku: „W każdym wariancie jest to ktoś ważny dla głównego bohatera, ktoś taki, z kim rozmowa ma dla niego znaczenie decydujące”. Podwójny finał można odczytywać jako istniejącą zawsze możliwość poprawienia własnego losu. Cały film jawi się dzięki temu jako refleksja autora nad życiowymi szansami, które zaprzepaścił, nad rozmowami, których nie odbył, i nad dawnymi wydarzeniami, których przebieg chciałby zmienić, poprawić.
Jest tam kilka scen, które z perspektywy zaledwie trzech lat po Marcu 1968 roku, gdy film realizowano, wydają się szczególnie ważne. Klamrę narracyjną stanowi sekwencja przedstawiająca lecącego nad Warszawą brodatego Żyda, którą zrealizował Stanisław Latałło. Jak udowodnił, używając narzędzi jungowskiej analizy, Tomasz Misiak w artykule z „Dialogu” ze stycznia 1982 roku, ten fragment „symbolizuje równocześnie proces »indywidualizacji« bohatera, jego »zawieszenie« między (…) dążeniem (do samopoznania) a spełnieniem owego dążenia”. W toku fabuły Andrzej próbuje ostrzec swojego żydowskiego przyjaciela z młodości przed nadchodzącą Zagładą. Z kolei po antysemickiej nagonce Marca 1968 roku bohater żegna na dworcu małżeństwo przyjaciół (Ewa Krzyżewska i Edmund Fetting – notabene grający głównych bohaterów we wcześniejszym o dekadę filmie Konwickiego Zaduszki).
Wszystkie te elementy sprawiają, że Jak daleko stąd, jak blisko można nazwać filmem pomarcowym – w tym sensie, że jest dziełem komentującym tragiczne wydarzenia, przez co było narażone na ataki ze strony ówczesnej władzy. Film nie został na przykład wypuszczony na festiwal w Cannes, mimo usilnych zabiegów strony francuskiej, i po cichej premierze przez długie lata nie był w ogóle pokazywany. Jego legenda rosła niejako przez nieobecność i niezaistnienie. Nawet Stanisław Bereś, który pod pseudonimem Stanisław Nowicki przeprowadził w 1984 roku serię pasjonujących rozmów z Konwickim o całej jego twórczości (zatytułowanych Pół wieku czyśćca), o Jak daleko stąd, jak blisko pytał tylko na podstawie scenariusza, który oddawał zaledwie cząstkę fenomenu tego filmu. Jego projekcja jest bowiem nawet dziś, ponad pół wieku od premiery, czymś hipnotycznym. Nerwowość zdarzeń potęgowana przez niepokojącą muzykę Zygmunta Koniecznego buduje wizję świata, który za moment może się rozpaść. Sam Konwicki nie formułuje prostych wniosków, zdaje się jednak sugerować, że potrzeba zmiany trudnej przeszłości pozwala inaczej spojrzeć na siebie samego, zrozumieć istotę błędów, których się żałuje.
Oprac. Piotr Śmiałowski
Plakat do filmu Jak daleko stąd, jak blisko / Autor: Wiktor Górka / Źródło: Filmoteka Narodowa - Instytut Audiowizualny
Zobacz więcej plakatów na: GAPLA