„Kanał” czy film o Powstaniu Warszawskim? – tak brzmiał tytuł opublikowanego w „Stolicy” (1957/23) tekstu, którego autor, Władysław Bartoszewski, dość szybko rozstrzygnął tę kwestię: „Kanał nie jest filmem historycznym o Powstaniu Warszawskim, nie jest również filmem psychologicznym o powstaniu. Co więcej: jest dużo dalszy od prawdy dni powstańczych niż głośna w ubiegłym roku nowela Stawińskiego pod tym samym tytułem, która stała się źródłem scenariusza. I dlatego dla Kanału bezpieczniej byłoby oceniać go tylko jako obraz wewnętrznych konfliktów, przeżyć i uczuć ludzi w obliczu grożącej im śmierci. Byłaby to jednak ocena bardzo jednostronna, gdyż niezależnie od tego w jakim stopniu intencje twórców filmu zgodne są z jego reklamą – setki tysięcy widzów szuka i będzie szukać w Kanale jakiejś skrótowej prawdy o Powstaniu Warszawskim, której w nim nie znajdzie”. I choć ta ocena z dzisiejszej perspektywy może się wydać nazbyt ostra albo wręcz niesprawiedliwa, to dobrze oddaje kontekst towarzyszący premierze drugiego filmu Andrzeja Wajdy, będącego jednocześnie pierwszą – i tak właśnie był reklamowany – fabułą o Powstaniu Warszawskim. Zrealizowaną nie tylko stosunkowo niedługo, bo 12 lat po tragicznym zrywie, lecz także po długim okresie jego przemilczania lub propagandowego wykorzystywania. Oczekiwania widowni, zwłaszcza warszawskiej, żyjących uczestników i rodzin poległych były więc ogromne: spodziewano się, że ten pierwszy film odda sprawiedliwość bohaterom, pokaże Powstanie w sposób heroiczny, uchwyci na przykład entuzjazm początku sierpnia – tymczasem ekranowa wizja ostatnich dni walk w swym tragizmie okazała się nazbyt wstrząsająca.
A jej źródłem było powstańcze doświadczenie scenarzysty, Jerzego Stefana Stawińskiego, ps. Łącki, który 26 września 1944 roku wprowadził do kanału przy Puławskiej 73 ludzi ze swojej kompanii. Po 16 godzinach koszmarnego marszu do Śródmieścia dotarło zaledwie kilka osób. Porucznik Stawiński wrócił na dół, ale znalazł tylko ciała. Po latach mówił, że to był przełom, moment pierwszego zwątpienia, bo „mało kto kończył powstanie po pas w nieczystościach”. Romantyczne ideały sięgnęły dna kanału ściekowego – jego późniejsze książki i scenariusze wyrosły z tamtego szoku.





Pierwszy zapis tych doświadczeń to opowiadanie Kanał napisane w 1955 roku, a opublikowane w marcu 1956 roku w „Twórczości” – prace nad tekstem zbiegły się z powstaniem Zespołu Filmowego „Kadr”, którego kierownik literacki, Tadeusz Konwicki, od początku widział w tym utworze materiał na film. Scenariusz pierwotnie miał realizować Andrzej Munk – ze Stawińskim pracowali już przy Człowieku na torze (1956) – ale po zejściu do kanałów uznał, że w takich ciemnościach niczego nie da się nakręcić, a dodatkowe światło zaprzeczałoby realizmowi. I tak scenariusz trafił do Andrzeja Wajdy, który podkreślał: „Było jasne, że robię film ważny dla siebie samego”. Ważny także jako – brzmiący mocniej niż w debiutanckim Pokoleniu (1954) – głos w imieniu umarłych, głos pokolenia Kolumbów stanowiący podstawę kina szkoły polskiej.
Zapewne nie wybrzmiałby, gdyby nie polityczna odwilż (XX Zjazd KPZR, śmierć Bieruta), dzięki której (po dość burzliwych obradach Komisji Ocen Scenariuszy w styczniu 1956 roku i sugestii poprawek) projekt w kwietniu dostał zielone światło do realizacji. Niełatwej zresztą ze względów technicznych: kanały trzeba było wybudować w łódzkiej wytwórni, wypełnić je wodą i specjalnym szlamem. Ewoluował też scenariusz, niemal do końca zatytułowany ironicznie Ku chwale ojczyzny – na ekranie tytuł miały poprzedzać sceny z ułanami spod Somosierry, Rokitny i bitew września 1939 roku. Wśród niezrealizowanych pomysłów Wajdy była również – towarzysząca zejściu do kanałów – barwna sekwencja marzeń bohaterów, do której dialogi miałby napisać Tadeusz Różewicz. Zmieniała się koncepcja obsady, stanowiąca dziś wdzięczny temat spekulacji (np. jak potoczyłaby się filmowa kariera Kaliny Jędrusik, gdyby zadebiutowała jako Stokrotka?).
Kluczową decyzją była – podsunięta przez Janusza Morgensterna – ekspozycja: narrator z offu głosem Tadeusza Łomnickiego przedstawia żołnierzy oddziału porucznika Zadry, kończąc słowami: „Oto bohaterowie tragedii. Patrzcie na nich uważnie – to są ostatnie godziny ich życia”. Ten komentarz zmienia perspektywę odbioru, wykluczając element zaskoczenia, pozbawiając nadziei. Kanał, ta kronika zapowiedzianej śmierci, jest opowieścią o ludziach w pułapce albo wręcz w piekle, skazanych na umieranie w ciemnościach i brudzie. Nieheroicznie. I ta dominująca, infernalna część filmu, której sugestywność budują zarówno znakomite zdjęcia Jerzego Lipmana, jak i muzyka Jana Krenza, musiała wywołać największy szok i sprzeciw części widowni. Pojawiły się – jak zwykle w przypadku kina historycznego – zarzuty o niezgodność z prawdą, nieścisłości w odtworzeniu realiów, także obyczajowych (wątek Halinki i Mądrego), krytykom wtórowała publiczność, której (także broniące Kanału) głosy publikowała prasa. I mimo że o filmie mówiło się przeważnie źle, to władze zgłosiły go do konkursu w Cannes, gdzie wzbudził powszechny zachwyt i – ex aequo z Siódmą pieczęcią Ingmara Bergmana – zdobył Srebrną Palmę. Dla zagranicznych widzów, nieznających wojennych realiów Polski, kluczowa była sugestywna wizja artystyczna, którą wpisywali w znane sobie konteksty, stąd traktowanie podziemnej wędrówki bohaterów jak współczesnej wersji dantejskiego Piekła lub wykładni modnego wówczas egzystencjalizmu. Zaskoczenie dziennikarzy w Cannes tym, że Stawiński nie wymyślił drogi przez kanały, pokazywało, że doświadczenie naszej historii najnowszej jest trudne do przekazania, ale jednocześnie ciekawe dla widowni zza żelaznej kurtyny. Kanał nie tylko symbolicznie otworzył polską szkołę filmową, lecz także (sprzedany do 24 krajów) rozbudził tak duże zainteresowanie naszym kinem za granicą – obecność w Cannes i na innych festiwalach będzie regułą, a nie wyjątkiem. Umocnił też pozycję Wajdy jako pokoleniowego lidera – i wkrótce doczekał się artystycznej polemiki w postaci Eroiki (1957) Munka i Stawińskiego.
Z dzisiejszej perspektywy ten pierwszy film fabularny o Powstaniu Warszawskim pozostaje wciąż najważniejszym. I ze swoją tragiczną wizją bardzo potrzebnym po ostatnich latach popkulturowego banalizowania wydarzeń lata 1944 roku, sprowadzania powstańczych symboli do gadżetów. A w wymownym spojrzeniu Stokrotki przez kraty na drugi brzeg Wisły jest rozpacz nie tylko pokolenia Kolumbów, lecz także wszystkich innych uwięzionych w pułapce złej Historii.
Oprac. Katarzyna Wajda
Plakat do filmu Kanał / Autor: Jan Lenica / Źródło: Filmoteka Narodowa - Instytut Audiowizualny
Zobacz więcej plakatów na: GAPLA