„Niepotrzebnie się wziąłem za tę słabą powieść” – zapisał gorzko w notatkach Andrzej Wajda chwilę po premierze Ziemi obiecanej. Ponad pół wieku po realizacji prawdopodobnie najbardziej epickiego z polskich filmów – w sensie rozmachu, ale też dramaturgicznych wzorców rodem z USA – wydaje się nieprawdopodobne, by podać w wątpliwość sens jego powstania. A jednak wajdowska Ziemia obiecana jest utkana z ambiwalencji – zarówno w treści i formie, jak i recepcji oraz reżyserskiej autorefleksji. Do dziś pozostaje kwestią nierozstrzygniętą, w którą stronę mocniej przechyla się krytyczne wahadło – czy uwierać ma nas bezwzględność rodzącego się w Polsce kapitalizmu, irytująca naiwność szlacheckich niedobitków czy bierność klasy robotniczej, gotowej milczeć za parę kopiejek? Z tego powodu filmowa adaptacja uchodzi za dzieło doskonalsze (jeśli nie po prostu: arcydzielne) niż powieść Władysława Reymonta, dziś coraz częściej postrzegana jako literacko sugestywna, ale jednocześnie wyraźnie ilustrująca uprzedzenia i lęki autora.





Zobacz więcej zdjęć na: FOTOTEKA
W historii trzech przyjaciół – polskiego ziemianina Karola (Daniel Olbrychski), niemieckiego przedsiębiorcy Maksa (Andrzej Seweryn) i żydowskiego handlowca Moryca (Wojciech Pszoniak) – próbujących założyć własną fabrykę odbija się wszystko, co dopiero dziś uznajemy za mit założycielski (lub grzech pierworodny, jeśli przyjąć religijną retorykę) nowoczesności: galopujące tempo życia, okrucieństwo elit wobec mas, ekologiczną apokalipsę i rozkład więzi społecznych. Widzimy to od pierwszych łódzkich scen filmu: nad przetaczającą się przez obrzydliwie brudne ulice masą robotników góruje niebo zanieczyszczone fabrycznymi wyziewami, a żerujący na cudzej krzywdzie i nadludzkim wysiłku przemysłowcy modlą się – każdy w swojej religii – o jak największe dochody. Brawurowe kontrasty to lejtmotyw Ziemi obiecanej, której dwa światy – industrialne miasto i sielska wieś – były portretowane przez trzech operatorów: Witolda Sobocińskiego, Edwarda Kłosińskiego i Wacława Dybowskiego. Już to dowodzi widowiskowych ambicji Wajdy, a spektakularny wymiar filmu jest widoczny w warsztatowej inwencji, bogatej i imponującej obsadzie oraz scenograficznym przepychu, w dużej mierze jednak zastanym in situ. Łódzkie fabryczne pustostany wyglądały jak XIX-wieczne molochy ledwo tknięte zębem czasu i tylko czekały na opowieść, która udźwignie ich – całkiem dosłowny – ciężar, zanim pod naporem coraz bardziej rozpędzonej nowoczesności ceglane budynki staną się centrami handlowymi lub siedzibami korporacji.
Jednocześnie Ziemia obiecana nie jest wiernym portretem industrialnej rewolucji, a raczej, jak pisał Tomasz Burek w eseju na łamach „Kina”, autorskim przetworzeniem opowieści przez Wajdę, który „interpretując (…) cudze utwory i klasyczne dzieła literackie, wnosi w nie nieodmiennie swoją udrękę czy – jeśli wolicie – refleksję moralną i swoje pytania, i w ten sposób tworzy na pierwotnej kanwie świat własny”. Zwłaszcza że w 1974 roku realizacja filmu o rozwoju przemysłu musiała mieć jednak wymiar całkiem aktualny w związku z już stłumionymi strajkami robotników na początku dekady i tymi, które zorganizują się za parę lat. W tym kontekście symbolicznie wybrzmiewa ostatnia scena filmu, w której Karol podejmuje decyzję o strzelaniu do protestujących, a ranny robotnik biegnie z kawałkiem czerwonej tkaniny w ręku.
Poza swoistym wyglądaniem w przyszłość – bo Ziemia obiecana wybrzmiewa dziś, w czasach ekstremalnej eksploatacji zasobów ludzkich i mineralnych, być może jeszcze aktualniej niż kiedykolwiek – Wajda odnosi się także do czasów zaprzeszłych. W sposób bezpośredni ten epos na usługach nowoczesności nawiązuje do dzieła, które wynieśliśmy na sztandary wcześniej. Pan Tadeusz (zekranizowany przez reżysera ćwierć wieku później) funkcjonuje jako nośnik wizji świata tyleż pięknej, co anachronicznej. W Ziemi obiecanej jej symbolem są dworskie pozostałości w Kurowie, postać ojca Karola (Tadeusz Białoszczyński), zubożałego ziemianina, oraz Anka (Anna Nehrebecka), bezpośrednio nazwana „mickiewiczowską Zośką”. Dowodu na nieodwracalność dziejów dostarcza zaś scena przejazdu tych dwojga z wiejskiej posiadłości do Łodzi. Powrotu do raju nie ma i nie będzie. Anka z karocy ogląda miejską degrengoladę: z jednej strony kopanego biedaka i pracowników stojących w łachmanach przed fabryką, z drugiej – spacerujących w obłokach pyłu mieszczan i dorobkiewiczów. Za chwilę „wszystko, co stałe, rozpłynie się w powietrzu” – fabryka spłonie, a dym pożaru połączy się z wyziewami z kominów w jedną duszącą chmurę.
Ziemia obiecana pozostaje jednym z najbardziej ambitnych przedsięwzięć polskiego kina. Niemal pół wieku po realizacji pierwszej przedwojennej ekranizacji z 1927 roku w reżyserii Aleksandra Hertza i Zbigniewa Gniazdowskiego, Wajda stworzył film nabierający kolejnych znaczeń wraz z upływem lat, będący jednocześnie kapsułą czasu – portretem narodzin XX-wiecznego kapitalizmu – który można postawić obok tak wizjonerskich dzieł jak Metropolis (1927) Fritza Langa i Aż poleje się krew (2007) Paula Thomasa Andersona.
Oprac. Patrycja Mucha-Smolińska
Plakat do filmu Ziemia obiecana / Autorzy: Renata Pajchel, Cyprian Kościelniak / Źródło: Filmoteka Narodowa - Instytut Audiowizualny
Zobacz więcej plakatów na: GAPLA